Jak przystało na osobę trochę już oczytaną i osłuchaną, przez wiele lat umiałem wyłowić z życia to, co cenne, wartościowe, dobre. Tymczasem dzisiejszy świat potrafi mnie zadziwić i w tej materii.
Nigdy nie udaje mi się trafić, kto powinien zwyciężyć. Niby kryteria są jasne, niby widać to, co widać, czyli że jedni są lepsi, inni słabsi, a jednak ostateczny wynik zawsze mnie zaskakuje. I nie ma w tych wyborach żadnej logiki.
Czy na tym polegają demokratyczne wybory, w których decyduje większość? To znaczy, że większość jest nieomylna i lepiej się zna np. na muzyce niż ludzie wykształceni w tej dziedzinie, profesjonaliści, którzy niegdyś byli jurorami? Ale teraz i jurorzy bywają podejrzani o stronniczość...
Od tej pory mam spory dystans do wszelkiego głosowania, w którym ma decydować tzw. większość. Ale i nie bardzo wierzę maszynom, które liczą głosy. Bardzo jestem ciekaw, czy ktoś podziela moje zdanie. Albin z Piaseczna
Przyznam, że w całości podzielam troskę naszego Korespondenta. Mam podobne wątpliwości. Ale ważne jest również, jak sobie radzić z tym oceanem – nie waham się tak to nazwać! – różnych niesprawiedliwości. Bo stwierdzenie, że Pan Bóg wszystko widzi i oceni, na co dzień jakoś kiepsko się sprawdza. Pozostają gorycz, smutek i żal wobec tego ogromu ludzkich krzywd wszelkiego rodzaju. Ludzie, co się z wami dzieje?
Witajcie, umiłowani w Chrystusie Panu,
nadszedł czas, którego się nie spodziewałam – czas błogosławieństw
i niekończących się Bożych łask. W związku z Jubileuszem Roku 2025
postanowiłam wyjechać na 12-dniową objazdową Pielgrzymkę Nadziei.
Byłam m.in. w Rzymie, Asyżu, Orvieto, Manoppello, Neapolu i Pompejach.
Doświadczyłam radości wynikającej z możliwości podróżowania, zwiedzania
niezwykłych i świętych miejsc, ale kilka dni przed wyjazdem odczułam swoją
bezsilność w skrytości serca i duszy. Kiedy już nie mogłam znieść siebie, ogarnęła
mnie obezwładniająca złość. W swojej totalnej bezradności oddałam swoje życie
Jezusowi, tak na 100%, bez warunków i bez zastrzeżeń. Zawołałam do Boga,
że nie daję rady, że nie chcę tak żyć... Potem przyszła myśl: ludzie mają różne
choroby, cierpienia, troski – ja mam mój krzyż i muszę z nim jakoś żyć. Po chwili
zaczęłam za niego dziękować. Od prawie 20 lat z lepszym lub gorszym skutkiem
sama go niosę. Odrzucałam, udawałam, że go nie ma – wreszcie w pokorze
zrobiłam krok na drodze wiary i po raz pierwszy przyjęłam swój własny krzyż.
To był przełomowy moment. Poprosiłam, aby Jezus nie zostawiał mnie z nim
samej, tylko pomógł mi go nieść. Ku mojemu zdumieniu krzyż stał się lekki
i słodki. Jak głosi Słowo: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni
jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Bóg przemienił moje serce i uzdrowił je –
teraz patrzę na swoje życie jak na piękną historię przepełnioną łaską i cichą Bożą
obecnością. Trudno jest zmienić perspektywę myślenia, ale dla Boga nie ma rzeczy
niemożliwych. On otwiera nowe horyzonty, daje światło, rozeznanie i mądrość.
Zabiera lęk i wszystko to, czego przez prawie 20 lat nie potrafiłam się pozbyć.
Codziennie szukam ciszy i przestrzeni na modlitwę, czytam Pismo Święte, często
chodzę na Mszę św. i adorację. Przyjmuję Komunię św. Dbam o to, aby moja radość
trwała na Bożą chwałę. Dzielę się tym doświadczeniem uzdrowienia, zabrania
przez Pana lęków i zamartwiania się o przyszłość. Zapewne zdarzy się jeszcze
w moim życiu trudny czas, ale z Panem Jezusem każda sytuacja jest do przejścia.
Jan Paweł II nawoływał: „Nie lękajcie się – otwórzcie drzwi Chrystusowi”.
On daje pokój, przynosi ulgę. Był czas, że moim celem było utrzymywanie się
na powierzchni, teraz czuję się zaproszona, by wypłynąć na głębię.
Pozdrawiam Was w Panu
Niepełnosprawne dwuletnie dziecko zostało poddane eutanazji w Holandii, mimo że nie znajdowało się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Nie powstrzymało to jednak holenderskich urzędników przed potwierdzeniem, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem - informuje portal lifenews.com.
Holenderska komisja rewizyjna oceniająca przypadki eutanazji doszła do wniosku, że lekarz działał z należytą starannością podczas pierwszej w kraju eutanazji dziecka poniżej 12. roku życia. Było to prawie dwuletnie dziecko z niepełnosprawnościami, którego życie zostało zakończone pod koniec ubiegłego roku.
Ogromnie się cieszę, że od ponad ćwierć wieku jestem związana z „Niedzielą". Że dane mi było w tym czasie stworzyć warszawską edycję tygodnika i zgromadzić wokół niej grono nowych dziennikarzy - wielu z nich pisze na łamach do dziś. Że wraz z nimi, w ciągu jednej doby po katastrofie smoleńskiej, przygotowaliśmy cały ogólnopolski numer - ksiądz Ireneusz Skubiś wycofał wówczas z drukarni wydanie już gotowe, by „Niedziela" mogła odpowiedzieć na tamtą tragedię tak, jak wymagała tego chwila… Wspomnień jest wiele...
Tworzenie numeru „Niedzieli" tuż po katastrofie prezydenckiego samolotu lecącego do Smoleńska mocno utkwiło mi w pamięci. Kiedy w sobotni poranek 10 kwietnia 2010 roku w mediach podano informację o tej narodowej tragedii, niemal odruchowo udałam się do redakcji „Niedzieli w Warszawie", którą wtedy kierowałam. Ku mojemu zaskoczeniu - to samo uczynili „moi" dziennikarze, mimo że nie zdążyłam jeszcze ich do tego zobligować.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.